Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 2 marca 2013 | By: Mandriell

WEEKEND Z KRÓLEM ŚWIATA



Świat filmowy jest mi równie bliski, jak świat literacki. Odkąd sięgam pamięcią, uwielbiałem oglądać bajki. Jednak już jako dziecko dość szybko przeskoczyłem na filmy, bo strasznie podobało mi się, jak aktorzy wcielają się w rozmaite role i jak zwinnie nabierają mnie, że to, co oglądam dzieje się naprawdę. A przecież światów, jakie otwierały się przede mną było tyle, ile filmów w wypożyczalni mieli moi rodzice… 

Jednym z pierwszych obrazów, który poruszył mnie do głębi był słynny „Titanic” Jamesa Camerona ze świetnym duetem Kate Winslet i Leonardo DiCaprio w rolach głównych. Niedługo po premierze na całym świecie rozpętała się z siłą atakującej szarańczy tak zwana „Leomanią” która dopadła i mnie, i moją rodzinę. Jako dziewięciolatek nie raz odgrywałem przed rodziną scenki z „Titanica”, a moja mama z uporem obcinała mi włosy „na DiCaprio”, twierdząc, że jestem do Leo niezwykle podobny. Cóż… Dziś mam dwadzieścia trzy lata i wiem, że do DiCaprio podobny nie jestem, ale jego kunszt i podejście do aktorstwa co rusz wprawiają mnie w podziw, dlatego gdy tylko zauważyłem, że w zapowiedziach różnych księgarni pojawiła się biografia wyżej wspomnianego, z miejsca zapragnąłem ją mieć. 

Tym sposobem trafiła do mnie książka „DiCaprio. Tajemnica sukcesu” napisana przez Douglasa Wighta. O biografiach dość ciężko pisze się recenzje, ponieważ fabułą jako taką jest życie prezentowanej znanej osoby, a styl tego, który podjął się spisania życiorysu znanej osobistości schodzi nieco na boczny tor. Oczywiście, nadal jest to ważne, ponieważ nawet niezwykle ciekawe życie Pana X bądź Pani Y może być opisane w tak nużący dla czytelnika sposób, że nawet najwięksi fani mogą nie podołać niefortunnemu stylowi biografa. Douglas Wight na moje szczęście ma jednak bardzo przyjemny w odbiorze styl, powodując, że zlepek faktów, opinii, miejsc, dat i nazwisk czyta się niemalże jednym tchem i z minuty na minutę coraz więcej stron trzymamy lewą dłonią, a coraz mniej zostaje nam w prawej. Jednak, nie tylko rzetelnie wykonana praca pana xxx xxx wpływa na szybkość lektury. Życiorys Leonardo DiCaprio bogaty jest w zwroty akcji, upór i niewątpliwą miłość, jaką jest aktorstwo dla tego dziś trzydziestoośmioletniego człowieka. To wszystko sprawia, że książka jest bardzo dobrym wyborem nie tylko dla koneserów kina. 
To, co podobało mi się w tej pozycji, to zupełna szczerość autora, który bez ogródek opisuje wszelkie mniej lub bardziej niechlubne wyskoki aktora, jego liczne romanse i problemy z ustatkowaniem się. Dzięki temu czytelnik widzi w DiCaprio zwykłego człowieka, który na szczęście ideałem nie jest. Nie mniej jednak mam wrażenie, że poza licznymi podbojami miłosnymi, niczym szczególnym (w negatywnym tego słowa znaczeniu) jako gwiazda się nie wyróżnia. 

Podtytuł „Tajemnica sukcesu” nie został doczepiony bez powodu. Książka Douglasa Wighta jest przede wszystkim notką, przedstawiającą od kulis każdy projekt, w który zaangażował się aktor. Od starań o poszczególne role, po opis pracy nad bardziej znanymi scenami, na opiniach współpracowników czy recenzentów kończąc. Czytając wybrane fragmenty, trudno oprzeć się pokusie, by prześledzić biografię aktora i samemu przeanalizować trud i zaangażowanie, jakie włożył Leonardo w każdy ze swoich filmów. Ta książka w zręczny sposób wydobywa to, co umyka wielu kinomanom, skupiając się na drobnych gestach, mimice, sposobie poruszania się, czy spędzeniu kilku miesięcy życia na prowincji RPA, by nauczyć się trudnego akcentu południowoafrykańskiego (którym to aktor posługiwał się w „Krwawym diamencie” z 2006 roku). Jestem pewny, że po lekturze tej ksiązki wielu zwolenników jeszcze bardziej doceni aktorstwo DiCaprio, a ci, którzy do tej pory nie byli zbyt oczarowani jego kreacjami, spojrzą na filmy z jego udziałem w nieco inny sposób. Cokolwiek by o nim bowiem nie mówiono, jakiekolwiek łatki by mu przylepiono, to role, jakie wybiera, i wyzwania które przed sobą stawia sprawiają, że należałoby jego z kolei stawić go na równi z takimi sławami jak Al Pacino, Marlon Brando, czy Robert De Niro. I o ile Cameron chciałby za „króla świata” uchodzić, o tyle DiCaprio nadal nim jest i ma się dobrze!
czwartek, 7 lutego 2013 | By: Mandriell

Zagubieni Chłopcy


Czerwona okładka, na dole dobrze mi już znana mapka tytułowa, a znad niej dumnie zerka na mnie smoczy statek. Tak! To nic innego, jak druga część Kronik Imaginarium Geographica, zatytułowana „Powrót Czerwonego Smoka”. Po dziewięciu latach od przygód opisanych w „Tu żyją smoki”, John, Charles i Jack ponownie łączą swe siły, by rozwiązać zagadkę zniknięć tysięcy dzieci, zarówno z naszego świata, jak i z Archipelagu Snów. 


Pisząc o twórczości Jamesa A. Owena nie sposób nie pokusić się o porównanie go z ostatnio coraz bardziej popularnym Polskim autorem – Jakubem Ćwiekiem. Jeden i drugi jako swój znak rozpoznawczy stosują grę z czytelnikiem, w której to naszym zadaniem jest wyłapać jak najwięcej nawiązań do (pop)kultury. W kolejnej książce Owena, tych nawiązań jest znacznie więcej, niż w pierwszym tomie sagi o Archipelagu Snów. Nieskrywany podziw budzi u mnie umiejętność inteligentnego łączenia nawiązań, wywołujących raz po raz nie tylko – jak to w przypadku Ćwieka – coraz szerszy uśmiech, ale również refleksje nad tym, jak idealnie dopasowany w tej powieści jest każdy fragment. Na tym polu Ćwiek zdecydowanie przegrywa ze swoim amerykańskim kolegą po fachu. Bo, o ile u Jakuba Ćwieka nawiązania do popkultury w nowszych książkach służą jedynie odhaczaniu każdego kolejnego, a po pewnym czasie ma się wrażenie, że powstały tylko po to, żeby czytelnik zobaczył jak dużo autor wie i jak się tą wiedzą z nami dzieli, o tyle u Jamesa A. Owena żadne nawiązanie nie zostało dodane do powieści na siłę, przy żadnym nie ma się wrażenia sztuczności lub braku dopasowania. Co więcej, autor, wykorzystując prawdziwe znane postaci jako głównych bohaterów „Powrotu Czerwonego Smoka”, musiał zmierzyć się z ciężkim do udźwignięcia brzemieniem faktów z życiorysów każdego z nich i subtelnie wpleść pasujące fragmenty z życia trójki niegdyś chodzących po świecie ludzi do czasów z kart powieści. Owen zachował się przy tym jak skoczek wzwyż, podnoszący poprzeczkę po to, żeby przeskoczyć ją bez większych problemów, ku uciesze widzów. 



Przejdźmy jednak do konkretów. W „Powrocie Czerwonego Smoka” dużo większą rolę (w porównaniu z „Tu żyją smoki”) odgrywa mitologia grecka. Głównym motywem powieści jest jednak historia Piotrusia Pana, opisana zresztą w brawurowy sposób i dodająca bardzo świeży powiew do wyeksploatowanej już opowieści o wiecznym zagubionym chłopcu i jego świcie. James A. Owen dokonał w tej powieści czegoś, co określiłbym mianem „nawiązania w nawiązaniu”, wynosząc znak rozpoznawczy dla swojej twórczości na jeszcze wyższy poziom. Takich zagrań było w powieści kilka i po każdym z nich miałem w głowie jedno wielkie „łał!” 



Moim zdaniem druga część Kronik Imaginarium Geographica jest lepsza od poprzedniczki i jeśli autor zachowa taką tendencję przy każdej kolejnej części, to ta saga stanie się moją ulubioną, i będę wracał do niej częściej niż myślałem. Podtrzymuję swoje zdanie z recenzji poprzedniej części, że przez swoją złożoność i multum nawiązań nie jest to książka i seria dla młodzieży. Chwile spędzone na lekturze tej książki uważam za bardzo dobrze wykorzystane, dlatego tez gorąco zapraszam do zapoznania się z Archipelagiem Snów i całą złożonością tego świata.
czwartek, 24 stycznia 2013 | By: Mandriell

KROK DO PRZODU (gościnna recenzja Sylwii)



Żona_22 to pseudonim, jaki zostaje nadany Alice Buckle przez Ośrodek Badań Netherfield. Wyraża ona bowiem zgodę, na wzięcie udziału w badaniu, które ma na celu analizę małżeństw w XXI wieku. Każda z badanych osób zostaje przypisana do „osobistego” asystenta, który odpowiedzialny jest za przeprowadzenie badania, głównie poprzez wysyłanie drogą mailową pytań, dotyczących różnych aspektów małżeństwa. Żonie_22 przypada w udziale Asystent_101.

Już po kilkunastu stronach powieści Melanie Gideon nikogo nie dziwi, że Alice, której życie będziemy poznawać od kuchni przez następne kilkaset stronic, chętnie przystała na eksperyment. Pani Buckle, matka dwójki dzieci, u których wciąż dopatruje się oznak czegoś, co społeczeństwo uzna za nienormalne, jest bowiem uzależniona od Internetu. Tego, pisanego wielką literą, oznaczającego całą sieć stworzoną nie tylko po to, aby dostarczać ludziom niezbędnych informacji w każdym momencie i miejscu, ale także po to, aby świat istniejący za oknem czynić bardziej ponurym, niedostępnym i nudnym. W taką właśnie pułapkę wirtualnego świata i jego możliwości wpada bowiem bohaterka powieści. Obawiam się jednak, że z całym swoim roztrzepaniem, swoimi dziwnymi lękami i dziecinną naiwnością, Alice zamiast nas rozbawiać i wzbudzać zrozumienie (co było chyba zamierzeniem autorki), irytuje i wywołuje na naszych twarzach pobłażliwy uśmiech. Bo zamiast udanej kopii Bridget Jones, tyle że w roli małżonki z dwójką dzieci, otrzymujemy marną podróbkę, która tylko czasami potrafi nas rozbawić.

Na całe szczęście powieść ratują ojciec i syn. Te dwie męskie postaci wzbudzają ogromną sympatię i momentami aż żal, że tacy mężczyźni marnują się w domu Alice. Nie mogę być jednak zbyt surowa. Alice nie można odmówić tego, że kocha swoje dzieci i gotowa jest zrobić dla nich wszystko. Choć...okazuje to w dziwaczny sposób. Córkę posądza o bulimię, syna natomiast o homoseksualizm. O jednym i drugim jest święcie przekonana, że istnieją w jej domu i za nic mają się tłumaczenia nawet samych zainteresowanych. Alice ma przecież swój własny świat, w którym ona jest zbiorem pytań, a komputer podłączony do sieci - najbardziej wiarygodną odpowiedzią. 

W tym zamkniętym świecie najważniejszy jest oczywiście Facebook. To z niego Żona_22 dowiaduje się, że jej przyjaciółka ma problem z córeczką, która nie chce sypiać w łóżeczku. To z niego dowiaduje się, że wypadałoby się spotkać z koleżanką. To z niego wreszcie, dowiaduje się o kłopotach w pracy swojego męża. Kłopoty te zaś wpływają poniekąd na flirt, w który przekształca się stopniowo wymiana pytań i odpowiedzi pomiędzy Żoną_22 a Asystentem_101. Jednak ten z pozoru niewinny flirt zaczyna niebezpiecznie pochłaniać Alice Buckle. Nagle odkrywa ona, że na świecie są inni mężczyźni poza jej mężem. Nagle to inny mężczyzna wzbudza w niej podniecenie, to inny mężczyzna rozumie ją lepiej i w końcu, to inny mężczyzna zamieszkuje w jej myślach. Powoli żona zaczyna obarczać swojego męża winą za utratę pracy i wyrzuca mu brak zaradności w szukaniu nowej. Wciąż powtarza, że teraz muszą oszczędzać i nie stać ich na to, na to i na to....Tak jakby te wyliczenia miały uświadomić Williamowi Buckle to, z czego na pewno sam zdał sobie sprawę: że w oczach żony (swoją drogą niedoszłej dramatopisarki) jest nieudacznikiem nie potrafiącym zapewnić bytu rodzinie. Boli, kiedy pomyśli się, że ten sam William wciąż walczy o Alice, która coraz bardziej zatraca się w wirtualnych ramionach Asystenta_101. 

Smutne jest to, jak ukazane zostają relacje międzyludzkie w tej kolejnej pozycji na liście „babskich czytadeł”. Zastanawia mnie jednakże, czy sama autorka pochwala taki stan rzeczy, czy wręcz przeciwnie - celowo podkreśla ważność wirtualnego świata i degradację życia „w realu”, aby uzmysłowić czytelnikowi, że taki stan rzeczy bynajmniej nie jest dobry. Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Niekiedy ma się wrażenie, że autorka podśmiechuje się lekko z tych facebookowych natręctw swojej bohaterki, kiedy indziej jednak wydaje się, że mimo wszystko hołubi ona Internet i wystawia mu jak najlepsze świadectwo. Takie z czerwonym paskiem. Zadań. Mimo wszystko bardzo trafnie zostaje ukazane życie współczesnych ludzi. Z ich brakiem czasu na rozmowę w cztery oczy i marnowaniem czasu na wpisywanie w Google własnego nazwiska. Z ich manią dzielenia się na forum z setką (czasem niemal obcych sobie) ludzi informacjami, które - bądźmy szczerzy - mało kogo obchodzą. Że właśnie w tej chwili boli nas głowa, że wczoraj byliśmy na świetnej imprezie, że jutro pieczemy ciasto, a dzisiaj piecze nas gardło...Tak, smutny obraz e-społeczeństwa udał się Malenie Gideon całkiem nieźle. 

Powieść jest, jak można się słusznie domyślać, napisana lekko, nie nuży ale też nie wnosi w życie czytelnika nic nowego. Ot, niezobowiązująca lektura na jakiś ciemny, zimowy wieczór, kiedy za oknem pada śnieg, a my nie mamy siły na rozmyślania o moralności i sensie istnienia. Ludzie stworzeni przez Melanie Gideon nie są ani wyjątkowi, ani „bylejacy”. Gdzieś w powietrzu da się wyczuć, że zostali stworzeni na potrzeby powieści, a naprawdę dobrą historię da się poznać po tym, że została stworzona, aby móc umieścić w niej ludzi, którzy aż się pchają pomiędzy zdania snującej się opowieści.

„Żona_22” jest, co uważam za jej największy minus, na wskroś przewidywalna. Niemal od początku widzimy dokąd zmierza pisarka i jak zakończy się opowiadana przez nią historia. O ileż zyskałaby ta leciutka i niezbyt ambitna powieść, gdyby wprowadzić kilka urozmaiceń, których odbiorca nie byłby w stanie przewidzieć. O ileż lepiej zostałaby odebrana „Żona_22” gdyby, zamiast sprostać naszym przewidywaniom, odwróciła się od nich na pięcie i pognała w przeciwnym kierunku, którego nikt się nie spodziewał. Skłoniłoby to do pościgu za bohaterką i jej historią. Tymczasem, to fabuła i Alice Buckle gonią czytelnika, który niemal zawsze jest krok do przodu.

Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Otwarte.
sobota, 12 stycznia 2013 | By: Mandriell

Coben w spódnicy?



Camilla Lackberg wzbudziła we mnie zainteresowanie tylko za sprawą audiobooków. Miałem ochotę na jakiś kryminał, ale w domu nic konkretnego nie nasuwało mi się pod rękę. Zainwestowałem więc w audiobooka Pani Camilli i muszę przyznać, że nie żałuję. 

Na starcie dostajemy kompletnie nieżywą kobietę, i to wokół niej będzie kręcić się śledztwo, i też dzięki niej na pierwszy plan wysunie się docelowa główna bohaterka powieści, czyli Erica Falck. W miarę przewracania kartek wyłania nam się całkiem pokaźna lista postaci, które z początku niewiele bądź nic nie mówią (na początku strasznie ciężko przyzwyczaić się do skandynawskich nazwisk), jednak po kilku sytuacjach kojarzymy wszystkich i początkowy problem znika bezpowrotnie. 

To, co podoba mi się w tej książce, to brak sztuczności w wykreowanym przez pisarkę świecie. Nie ma tu miejsca na seksowne piękności czy na nienagannie wymodelowane sylwetki męskich bohaterów. W „Księżniczce z lodu” czytelnik spotyka... ludzi, nie kukły. 
Bardzo fajnie stopniowane jest napięcie, może i jest kilka dłużyzn, ale nie są na tyle wielkie, żeby rzutowały na całości. Ot, zostały przeze mnie zauważone, ale w niczym konkretnym mi nie przeszkodziły. Kryminalna układanka odkrywana jest krok po kroku, dostajemy kilka fałszywych tropów, które, niestety, momentalnie wyczujemy i skupimy się na czymś zupełnie innym. To można wpisać do rubryczki „minus” tej książki. Natomiast samo zakończenie pozytywnie zaskakuje. Moje podejrzenia padały na zupełnie inne osoby. 

Jest w tej książce dość mocno rozwinięty wątek obyczajowo-romantyczny. Niektórym się to spodoba, inni będą kręcić nosem. Ja jestem gdzieś pośrodku. Podobała mi się naturalność , z jakim Lackberg podjęła ten temat, bo nie było to wrzucone na siłę i autorka skutecznie realizowała wytyczone sobie punkty historii Eriki i Patrika. Były jednak momenty, że musiałem na ich losy spojrzeć z przymrużeniem oka. 

Podsumowując: właściwie, to nie wiem do jakiej kategorii przypisać „Księżniczkę z lodu”. Czy jest to obyczajówka z mocno (i dobrze) rozwiniętym wątkiem kryminalnym, czy też jest to kryminał, z silnymi rysami psychologiczno, obyczajowo, romantycznymi. Cokolwiek by nie mówić, jest to książka dobra, przyjemna w odbiorze i ciekawie otwierająca cały ośmiotomowy (na dzień dzisiejszy) cykl. W tytule notki wysunąłem pytanie, czy Pani Lackberg okaże się Cobenem w spódnicy, ponieważ widzę kilka podobieństw w twórczości autorów. Niestety po pierwszej książce nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie, i kolejne książki pokażą, czy moje pytanie było krzywdzące dla Cobena, czy dla Lackberg. 

Audiobooka czyta Pan Perchuć. Lubię jego facjatę, miewał w różnych serialach ciekawsze momenty, jednak jako lektor jest dość słaby. Odniosłem wrażenie, że był to pierwszy audiobook, który nagrywał, bo było całkiem sporo przejęzyczeń, kaszlnięć. Po pewnym czasie słuchacz przyzwyczaja się do jego głosu i po prostu nastawia się na fabułę książki. 

czwartek, 20 grudnia 2012 | By: Mandriell

Archipelag Osobliwości

Najpierw bliska mi osoba pokazała mi okładkę na ekranie mojego laptopa. Poczułem coś jakby przyjemne mrowienie w mojej wygłodniałej wyobraźni. Jakiś czas później ta sama osoba zaprowadziła mnie na dział fantastyki znanej sieci sklepów z książkami, i pokazała mi już nie tylko okładkę, ale całą książkę. Znów to przyjemne mrowienie. Niestety, smoki musiały być cierpliwe. Podobnie jak i ja. Dopiero po kilku miesiącach smoki znalazły drogę do moich drzwi. Prędko odrzuciłem kilka innych czytanych książek, bo w końcu obietnica, że „Tu żyją smoki” zwyciężyła inne, możliwe, że ciekawe opowieści. 

Wyobraźcie sobie, że wszystkie mity, legendy, postaci fikcyjne i baśniowe znajdują się w jednym, olbrzymim świecie. Ten świat nosi nazwę Archipelagu Snów. Jest to miejsce, które współegzystuje z naszym światem, a wydarzenia w naszym mają odzwierciedlenie w Archipelagu i odwrotnie. Owa alternatywna rzeczywistość, o której istnieniu pisywali na przestrzeni wieków rozmaici twórcy dla jednych jest tylko fantastycznym wymysłem, dla innych pełnoprawnym światem, do którego tylko nikt nie wie, jak się dostać. I tu właśnie tkwi błąd. Do Archipelagu Snów mogą dostać się tylko wybrańcy - opiekuni starożytnej księgi „Imaginarium Geographica” - jednym z nich staje się - mimowolnie - niejaki John, młody student Uniwersytetu Oksfordzkiego, który przyjeżdża do Londynu by zbadać tajemniczą śmierć swojego mentora. Na miejscu, wraz z przyszłymi kompanami i przyjaciółmi, zostaje przesłuchany przez miejscową policję, następnie udaje się za namową jednego z nowopoznanych studentów do klubu dostępnego dla grupy wybrańców Oksfordu, mieszczącego się - uwaga - na Baker Street 221B. 
I w tym miejscu zaczyna się całe multum odniesień do literatury, mitologii, postaci historycznych. Z początku owe zabiegi raz za razem wzbudzały we mnie coraz większą irytację. Miałem wrażenie, że autor - mimo przyjemnego, niewymagającego stylu - zamiast wysilić się na coś oryginalnego, non stop zapożycza mniej lub bardziej znane motywy z różnych dzieł różnych twórców i nawet z różnych epok historycznych. Dopiero mniej więcej około setnej strony zorientowałem się, że to, co początkowo brałem za minusy, i co tu dużo mówić - zrzynkę z dokonań literackich wielu autorów i historii, to tak naprawdę niesamowity plus i zabawa pana Jamesa A. Owena z czytelnikiem. No bo trudno aż się nie uśmiechnąć, kiedy nagle grupę przyjaciół na otwartym morzu wita nie kto inny jak kapitan Nemo ze swoim Nautilusem, a jeden z najstarszych mieszkańców to ktoś, kogo my kojarzymy z Noem. Lub gdy dowiadujemy się że dobrze znany Król Artur był bardzo ważną postacią dla Archipelagu Snów. 

„Tu żyją smoki” to lektura wymagająca. Czytelnik, żeby bawić się lepiej, niż po prostu dobrze, musi choć trochę orientować się w mitologii greckiej, być zaznajomionym z ważniejszymi dokonaniami literatury przygodowej i fantastycznej, i dajmy na to, w minimalnym stopniu mieć pojęcie kim jest, dla przykładu Jan Kepler czy Charles Dickens. W związku z tym, moim zdaniem nie jest to lektura dla młodzieży. Co prawda - fabuła jest dość prosta, ale ewentualne niedociągnięcia na tym polu rekompensuje dowcipny język, niezwykle wyraziste postaci, i cała otoczka, jaką udało się autorowi stworzyć. Ciężko mi doszukać się jakichś wad. Jedyną może być nieoczytany czytelnik, który nie wiedząc w którym miejscu Owen puszcza do czytelnika oko, lub zawadiacko się uśmiecha, mówiąc „i co teraz, Sherlocku?” nie poczuje wyjątkowości Imaginarium, Archipelagu Snów, Smoków, oraz… co ważniejsze, głównych bohaterów, obok których po prostu nie można przejść obojętnie.
niedziela, 25 listopada 2012 | By: Mandriell

Wszyscy nosimy maski


Dean Koontz to autor, z którym mam niemały problem. Do tej pory przeczytałem cztery jego książki, z czego dwie („Przepowiednia” i „Dobry zabójca”) uważam za naprawdę dobre. Jedna („Trzynastu apostołów”) w moim odczuciu była kompletną stratą czasu. Dziś, po niemalże tygodniu czytania zamknąłem ostatnią stronę „Maski”, którą postawię w środku, między tymi dobrymi i tym fatalnym tworem amerykańskiego pisarza. Do tej pory nie wiem jednak, czy dawać autorowi kolejne szanse, czy jednak poszukać innych dostawców rozrywki.

Historia opisana w książce jest dość typowym horrorem z duchami w roli głównej. Typowa dla dzisiejszego odbiorcy, ponieważ należy pamiętać o tym, że w USA książka wydana została bodajże w 1981 roku, co na tamte czasy wcale nie musiało być wtórne ani przewidywalne. Poznajemy poukładane, młode, pełne życia i zapału małżeństwo - Carol i Paula. Do pełni szczęścia brakuje im jednak dziecka, którego w normalny sposób począć nie mogą. Nie mogą, ponieważ Carol w przeszłości nie była tak poukładana, a jej błędy życiowe spowodowały bezpłodność. Dlatego też parę poznajemy, gdy odbywają rozmowę kwalifikacyjną z osobą odpowiedzialną za rozpatrywanie wniosków o adopcję. 
W równoleglej linii czasowej poznajemy siedemdziesięcioletnią doktor, Grace Mitowski, przybraną matkę Carol. Kobieta jest twardo stąpającą po ziemi osobą, wierzącą w to, co można dotknąć, zobaczyć, udowodnić nauką. Przyjdzie jej jednak przewartościować pogląd na otaczający świat. 
I jak to w większości opowieści grozy bywa, w pewnym momencie zaczyna dziać się coś niebywałego... Któregoś dnia Carol potrąca nastoletnią dziewczynę, która, jak się okazuje, cierpi na amnezję.

Książkę czyta się dość szybko, nie natrafiłem na zbędne, czy przydługie opisy, które mogłyby mnie ewentualnie znużyć, co jest plusem „Maski”. Dlaczego jednak uważam, że książka jest przeciętna? Otóż, dość mocno przeszkadzają tu opisy seksu, które są w większości... po prostu śmieszne i każą kojarzyć się z patosem rodem z filmów Bollywood. Kolejny, ważniejszy nawet minus, to dość płascy bohaterowie, jedynie Paul jakoś się broni i nie jest do bólu jednowymiarowy, ale niestety w książce jest go zdecydowanie za mało. Natomiast największa wada to dla mnie walka, jaką musi stoczyć budząca sympatię Grace Mitowski. Jest mocno przesadzona, naciągana i, niestety, budząca uśmiech politowania, a to chyba nie było zamierzeniem autora. Tyle, jeśli chodzi o minusy. 
Bardzo podobało mi się zakończenie, w którym napięcie jest w bardzo sprawny sposób budowane. Czujemy, co niebawem się wydarzy, niczego jednak nie możemy być pewni. 
Dodatkowym atutem jest ostatnia scena, zostawiająca czytelnika w niedopowiedzianej sytuacji, otwarta. 

Podsumowując, „Maska” to tylko przeciętna książka, jednak bardzo sprawnie napisana. Wciąga czytelnika od pierwszej do ostatniej sceny, zostawia go z miłym odczuciem na końcu, jednak nie brakuje jej wad, które miejscami śmieszą, a fabuła w pewnych momentach dla dzisiejszego odbiorcy jest przewidywalna i wtórna. Jeśli jednak macie wolny wieczór, sympatyzujecie z Deanem Koontzem, lub po prostu lubicie historie z dreszczykiem, powinniście się całkiem dobrze bawić.

poniedziałek, 9 stycznia 2012 | By: Mandriell

Krótka wiadomość o tym....

....jak to zawiódł mnie jeden z moich ulubionych kucharzy. 


Dziś będzie tylko recenzja, dość negatywna w dodatku. 
Po prostu stwierdziłem, że muszę się podzielić tą przykrą wiadomością z pozostałymi. 

Książkowe podsumowanie 2011 roku


Ten rok wyglądał pod tym względem dość ubogo. Dawno już nie miałem tylko 15 książek przeczytanych w ciągu roku. Grudzień utwierdza mnie w tym, że mogłem przeczytać znacznie więcej, ponieważ w tym miesiącu pochłonąłem 4 książki... 

czwartek, 15 grudnia 2011 | By: Mandriell

Aktualnie.... #2


Dzisiejsza notka jest w sumie trochę zaległa, bo nosiłem się z zamiarem napisania jej już dobre 2 tygodnie temu, ale ciągle było coś innego do roboty. Dziś jestem tak rozleniwiony, że postanowiłem coś konstruktywnego zrobić.

piątek, 18 listopada 2011 | By: Mandriell

Aktualnie.... #1

Tak jak pisałem jakiś czas temu - postaram się co jakiś czas wrzucać tutaj rzeczy, które aktualnie mnie kręcą, interesują, zajmują mój czas i moje myśli. Sprawy codzienne, czasoumilacze, rzeczy które lubię.  Będzie przekrojowo : Od muzyki, seriali, książek przez jakieś konkretne jedzenie, program tv, gry, planszówki,  popularne osoby czy co tam jeszcze.
środa, 2 lutego 2011 | By: Mandriell

Książkowe podsumowanie 2010 roku

Zacznę od tego, że rok 2010 był dość średni w moim wykonaniu jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek. Jasne, przeczytałem o 2 więcej niż w 2009, jednak doskonale wiem że mogłem te 5 więcej przeczytać. Pod tym względem jestem dość niezadowolony, ale cóż - jest jak jest. Cieszy mnie że w zeszłym roku zrezygnowałem z uczepienia się jednego autora i przerabiania jego bibliografii. To był rok eksperymentów, większość pisarzy była dla mnie zupełnie nowa i niesprawdzona i cholernie mnie to raduje, bo odkryłem kilka perełek. Na rok 2011 nie planuję żadnych postanowień literackich, popłynę z codziennością i zobaczymy co z tego wyjdzie. 

Przeczytanych książek: 22
Gatunki: horror, kryminał, romans, obyczaj, fantasy, dramat obyczajowy, poradnik

Audiobook: 6
e-book: 1

Najgorsza książka: Mechanizm Serca

3 Najlepsze:

3. Zaklęci w Czasie Audrey Niffenegger
Jak wiemy - czas nie istnieje. To zdanie wydaje się potwierdzać świetna książka Audrey Niffenegger. Mamy jego, mamy ją. Zakochani. Standard? Tak, z tym że on ciągle podróżuje w czasie. Nie są to podróże kontrolowane, wywoływane jakąś machiną czy specyfikiem. Ów podróże to - w najbliższym skojarzeniu - rodzaj epilepsji, której głównym skutkiem jest niekontrolowane przemieszczenie się w czasie. Czasem w tył, czasem w przód. Gdzie przy tym wszystkim miejsce na przyjaźń, miłość, pracę, i jakąkolwiek stałość? Odpowiedź na kartach powieści. Książka mogłaby się wydać większości ckliwym romansidłem bez ładu i składu (dosłownie, bo wydarzenia są tu nieźle zmiksowane), jednak wcale tak nie jest. Zaklęci w Czasie to dojrzała opowieść o miłości trudnej i niespokojnej, acz cierpliwej, gotowej do poświęceń i wyrzeczeń. Książka dzieli się na 2 spojrzenia - Henry’ego i Claire. Akcja nie dzieje się jednak chronologicznie, bo raz dziewczyna ma 6 lat, później 18, by skończyć jako 80 latka. To samo z Henrym. Czytając czujemy się w równym stopniu przybici jak Henry i Claire, w równym stopniu rozdarci i bezsilni. Momentami tak nas wszystko wkurza, że ze złością odkładamy książkę na bok, tylko po to, by wrócić do niej zżarci ciekawością co będzie dalej i jak to się skończy. A kończy się źle, w sumie jak każda historia miłosna. Pozostaje tylko mglista wizja odległej przyszłości. Jesteśmy przygotowywani przez niemal 600 stron do tego że wszystko zakończy się źle, dostajemy dość szybko wskazówkę co się wydarzy, jednak uparcie mamy nadzieję że uda się to wszystko przetrwać i po przeczytaniu książki zaśniemy z ulgą. Nic takiego się nie dzieje, ale moim zdaniem książka tylko na tym zyskuje.


2. Dziewczyna z Sąsiedztwa Jack Ketchum
Od samego początku w książce było coś niepokojącego, czułem zło czające się jakby wszędzie. Sielankowe klimaty z pierwszych stron były podszyte ukrytą grozą, nie potrafiłem się „wyluzować” i odczuwać powrót do szczenięcych lat jako piękny, bezbolesny i łatwy. Całą opowiadaną historię widzimy z perspektywy Davida, zagubionego chłopca, który dopiero uczy się rozróżniać co jest dobre, a co złe. Zadanie ma znacznie utrudnione, ponieważ jednym z jego wzorców codziennych zachowań jest niezbyt zdrowa ( później okazuje się że aż nazbyt nie zdrowa ) na umyśle sąsiadka, samotnie wychowująca trójkę dzieci kobieta, spraszająca do swojego domu bez ograniczeń rówieśników jej dzieci. Ruth (bo tak każe się nazywać ów kobieta) pozwala dzieciakom praktycznie na wszystko - picie piwa przez dziesięciolatków jest jak najbardziej na miejscu, zabijanie kolonii owadów w bestialski, niehumanitarny sposób również.. Jedynym jej oporem jest nawiązywanie przez chłopców relacji damsko-męskich z rówieśniczkami.. W pewnym momencie świat Davida i całego jego otoczenia zmienia się za sprawą pojawienia się w domu swojej ciotki Ruth osieroconych sióstr Meg i Susan.. Wydaje się, że piękno i niewinność Meg jest motorem napędowym w szaleństwie Ruth, gdyż autor zdanie po zdaniu prowadzi nas w podróż po makabrycznych wydarzeniach, ukazując nam jak bardzo różni się punkt widzenia ofiary i jej oprawców, oraz jak pojęcie prawdy może się różnić.. Jack Ketchum bezlitośnie ukazuje nam, że dzieci (powszechnie uznawane za piękno i dobro wszelkiej maści) potrafią być potworami, i nie chodzi tu tylko o złe wzorce, czy pobłażanie w złych zachowaniach przez osoby dorosłe. Dzieci w świecie Dziewczyny z sąsiedztwa po kryjomu „bawią się” w to, co zakazane, niemoralne, złe. Przypuszczam, że gdyby się tak zastanowić głębiej nad naszym dzieciństwem, to w końcu każde z nas znalazłoby jakąś złą (lub teraz uważaną przez nas za głupią) „zabawę” z lat młodzieńczych, lub chociaż każde z nas jest w stanie „pochwalić się” znajomością jakiegoś rówieśnika z tamtych lat, który męczył zwierzęta, podpalał liście, czy też pastwił się nad słabszymi. Dlatego też książka Ketchuma tak przeraża, bo to, co złe jest cholernie ludzkie i zakorzenione już w latach szczenięcych.


1. Wrócę po Ciebie Guillaume Musso
Zdecydowany i niekwestionowany numer 1 w roku 2010. Książka cudowna, omawiająca trudne, ale jakże bliskie człowiekowi tematy, napisana prostym i lekkim językiem, z wieloma zwrotami akcji. Fabuła książki jest dość niekonwencjonalna i różni się od innych książek, choć w sumie „Zaklęci w czasie” są oparci na dość zbliżonym zabiegu. Główny bohater powieści Guillaume Musso - Ethan - to człowiek sukcesu, który w życiu osiągnął praktycznie wszystko. Zapłacił jednak bardzo wysoką cenę - dla kariery porzucił praktycznie wszystko - dom, rodzinę, przyjaciół a nawet miłość. W pewnym momencie po prostu zniknął bez słowa, na zatłoczonej ulicy poszedł w drugą stronę. W ciągu kilku lat zyskał sławę i szacunek przez swoje psychoterapeutyczne sesje poprawiające jakość życia zagubionym ludziom. Jednak mimo iż doskonale wie co należy zrobić by uzyskać szczęście nie jest w stanie nawet się do niego zbliżyć. Przeciwnie - jest zgorzkniały, cyniczny i cholernie niezadowolony ze swojego życia. Zimny, wyrachowany i wyobcowany. Poznajemy go w ostatnim dniu jego życia. Jednak dzień ten będzie się powtarzał raz za razem, nie wiadomo czy jako piekło czy przebrzydłe deja vu. Człowiek zdaje się nie mieć wpływu na otaczający świat a jego wybory nie mają żadnego znaczenia. Książka udowadnia że jest zupełnie przeciwnie - każda nasza decyzja ma wpływ na przyszłość, a co za tym idzie - kreujemy własną rzeczywistość, choć zapewne nie zdajemy sobie z tego sprawy. Decyzje kumulują się, i jeśli zbyt wiele z nich miało negatywne konsekwencje na innych bądź na nas - w końcu dojdziemy do takiego momentu w życiu, że wszystko spadnie na nas jak lawina. Jedyną kwestią jest to, czy uda nam się spod niej wykopać. I o tym właściwie jest ta książka. Dopowiedziałbym jeszcze że o wszystkim tym co w życiu ważne - miłości, przyjaźni, rodzinie. Wszystko to można osiągnąć - jedyne co należy zrobić to najpierw powiedzieć sobie że do spełnienia tych wartości dążę, a potem rzeczywiście za tym podążać. Książka jak już pisałem wcześniej - pisana jest bardzo lekkim językiem, mogłoby się wydawać że aż nazbyt, jednak ów prostota nadaje uroku całości. Bardzo podoba mi się w twórczości Musso to, że na początku każdego rozdziału dostajemy jakiś cytat najlepiej opisujący zawartość danego fragmentu opowieści. Ten autor i ta książka to dla mnie zdecydowane odkrycie roku. Zdążyłem przeczytać kolejną jego powieść i jestem równie zadowolony. Wiem że w tym roku na bank mnie do niego ponownie przyciągnie.