Najpierw bliska mi osoba pokazała mi okładkę na
ekranie mojego laptopa. Poczułem coś jakby przyjemne mrowienie w mojej
wygłodniałej wyobraźni. Jakiś czas później ta sama osoba zaprowadziła mnie na
dział fantastyki znanej sieci sklepów z książkami, i pokazała mi już nie tylko
okładkę, ale całą książkę. Znów to przyjemne mrowienie. Niestety, smoki musiały
być cierpliwe. Podobnie jak i ja. Dopiero po kilku miesiącach smoki znalazły
drogę do moich drzwi. Prędko odrzuciłem kilka innych czytanych książek, bo w
końcu obietnica, że „Tu żyją smoki” zwyciężyła inne, możliwe, że ciekawe
opowieści.
Wyobraźcie sobie,
że wszystkie mity, legendy, postaci fikcyjne i baśniowe znajdują się w jednym,
olbrzymim świecie. Ten świat nosi nazwę Archipelagu Snów. Jest to miejsce,
które współegzystuje z naszym światem, a wydarzenia w naszym mają
odzwierciedlenie w Archipelagu i odwrotnie. Owa alternatywna rzeczywistość, o
której istnieniu pisywali na przestrzeni wieków rozmaici twórcy dla jednych
jest tylko fantastycznym wymysłem, dla innych pełnoprawnym światem, do którego
tylko nikt nie wie, jak się dostać. I tu właśnie tkwi błąd. Do Archipelagu Snów
mogą dostać się tylko wybrańcy - opiekuni starożytnej księgi „Imaginarium
Geographica” - jednym z nich staje się - mimowolnie - niejaki John, młody
student Uniwersytetu Oksfordzkiego, który przyjeżdża do Londynu by zbadać
tajemniczą śmierć swojego mentora. Na miejscu, wraz z przyszłymi kompanami i
przyjaciółmi, zostaje przesłuchany przez miejscową policję, następnie udaje się
za namową jednego z nowopoznanych studentów do klubu dostępnego dla grupy
wybrańców Oksfordu, mieszczącego się - uwaga - na Baker Street 221B.
I w tym miejscu
zaczyna się całe multum odniesień do literatury, mitologii, postaci
historycznych. Z początku owe zabiegi raz za razem wzbudzały we mnie coraz
większą irytację. Miałem wrażenie, że autor - mimo przyjemnego, niewymagającego
stylu - zamiast wysilić się na coś oryginalnego, non stop zapożycza mniej lub
bardziej znane motywy z różnych dzieł różnych twórców i nawet z różnych epok
historycznych. Dopiero mniej więcej około setnej strony zorientowałem się, że
to, co początkowo brałem za minusy, i co tu dużo mówić - zrzynkę z dokonań
literackich wielu autorów i historii, to tak naprawdę niesamowity plus i zabawa
pana Jamesa A. Owena z czytelnikiem. No bo trudno aż się nie uśmiechnąć, kiedy
nagle grupę przyjaciół na otwartym morzu wita nie kto inny jak kapitan Nemo ze
swoim Nautilusem, a jeden z najstarszych mieszkańców to ktoś, kogo my kojarzymy
z Noem. Lub gdy dowiadujemy się że dobrze znany Król Artur był bardzo ważną
postacią dla Archipelagu Snów.
„Tu żyją smoki” to
lektura wymagająca. Czytelnik, żeby bawić się lepiej, niż po prostu dobrze,
musi choć trochę orientować się w mitologii greckiej, być zaznajomionym z
ważniejszymi dokonaniami literatury przygodowej i fantastycznej, i dajmy na to,
w minimalnym stopniu mieć pojęcie kim jest, dla przykładu Jan Kepler czy
Charles Dickens. W związku z tym, moim zdaniem nie jest to lektura dla młodzieży.
Co prawda - fabuła jest dość prosta, ale ewentualne niedociągnięcia na tym polu
rekompensuje dowcipny język, niezwykle wyraziste postaci, i cała otoczka, jaką
udało się autorowi stworzyć. Ciężko mi doszukać się jakichś wad. Jedyną może
być nieoczytany czytelnik, który nie wiedząc w którym miejscu Owen puszcza do
czytelnika oko, lub zawadiacko się uśmiecha, mówiąc „i co teraz, Sherlocku?”
nie poczuje wyjątkowości Imaginarium, Archipelagu Snów, Smoków, oraz… co
ważniejsze, głównych bohaterów, obok których po prostu nie można przejść obojętnie.
Wielka Brytania #6
8 lat temu